Aneta Todorczuk-Perchuć: Rodzicielstwo jest kolorowe

Aktorka debiutująca w roli pisarki. Razem ze swoją dziesięcioletnią córką Zosią napisała „Potworaki Usypiaki”, czyli bajki na dobranoc, które już w listopadzie będą dostępne w księgarniach. Uwielbia kreatywne zabawy, pobudzające wyobraźnię jej pociech. Dzieci mówią o niej: matka – wariatka. Na scenie, w monodramie granym w Teatrze Polonia, wciela się z kolei w „Matkę Polkę Terrorystkę”. Od kilku lat prowadzi Fundację „Mamy dzieci” pomagającą podopiecznym domów dziecka. Tylko na portalu PomyslowyRodzic.pl wyjątkowa rozmowa z Anetą Todorczuk-Perchuć.

fot. Agata Dyka

fot. Agata Dyka

Jak się czujesz jako debiutująca pisarka?
Bardzo śmiesznie. Nigdy nie marzyłam o wydaniu książki, to jakoś samo wyszło. Namówili mnie do tego dobrzy ludzie, którym spodobały się moje felietony i którzy uwierzyli, że mi się uda. Postanowiłam się więc przekonać, czy dam radę. Uznałam, że jeśli będzie mi to sprawiało przyjemność, pójdę w to. Zaczęłam pisać, stworzyłam pięć rozdziałów i zdecydowałam, że muszę sprawdzić, czy komuś oprócz mnie się to podoba, bo nie ma sensu dalej się męczyć i pisać całości, jeśli okaże się, że nie. Ku mojej radości, zainteresowało się tym kilka wydawnictw. Razem z moją agentką wybrałyśmy najlepsze na świecie, czyli Jaguar. Po drodze spadła mi z nieba cudowna ilustratorka Nika Jaworowska-Duchlińska. To, co ona zrobiła, to nie są ilustracje, to przepiękne obrazy, arcydzieła. Jestem nimi zachwycona! A jeśli chodzi o mój debiut literacki to na pewno trochę się stresuję.

Tym, jak zostaniesz odebrana przez czytelników?
Tak, bo to jest w końcu najważniejsze. Napisałam tę książkę z serducha i mam nadzieję, że czytelnicy to zauważą. Z rozpędu zabrałam się już za drugą książkę i napisałam nawet dwa rozdziały z piosenkami. Zobaczymy, jak to będzie dalej, jestem dobrej myśli.

Dlaczego zaczęłaś swoją literacką przygodę od bajek?
Gdy mój mąż dowiedział się, że piszę to książkę, to śmiał się, że pewnie wezmę się za powieść. (śmiech) Ale to nie jest tak. Można pisać dobre felietony przez dziesięć lat, ale żeby zająć się literaturą piękną, trzeba pewnej dojrzałości. Rzeczywiście rozpisałam się w tej książce i w pewnym momencie poczułam, że sprawia mi to ogromną przyjemność. To było wręcz uzależniające! Myślę, że fakt, że jestem aktorką bardzo mi pomógł. Wiem, jak się buduje postać, jak rozłożyć siły. Często muszę w pracy używać swojej wyobraźni. „Potworaki Usypiaki” to nie są głupie historyjki! Chciałam, żeby ta książka traktowała o dziecięcych lękach, czyli o tym, z czym mierzę się od dziesięciu lat. Niektóre sprawy są dla nas dorosłych normalne, ale dla dzieci – przerażające. Napisałam więc m.in. o przyznaniu się do kłamstwa, trudności w powiedzeniu przepraszam, tremie.  Bohaterowie Jadzia i Muki podróżują więc po krainie Potworaków, zwanej Podłóżkolandią i te trudne tematy w bajkowy sposób starają się oswoić.

Współautorką książki jest twoja córka. Jak wyglądało wasze wspólne pisanie?
Gdy zastanawiałam się nad tym, na jaki temat napisać, zawsze pytałam Zośkę, co by jej się spodobało. W którymś momencie ona na tyle się wkręciła i zaangażowała w tę książkę, że na przykład kategorycznie zabraniała mi czegoś pisać, bo była to jej prywatna historia. Zresztą ona jest też takim pierwowzorem postaci Jadzi. Obie noszą zawsze dwie różne skarpetki, są chłopczycami, nie zwracają uwagi na wygląd, z jednej strony są lękliwe, z drugiej odważne. W sumie nigdy o tym nie rozmawiałam z Zośką, ale myślę, że ona sobie zdaje z tego sprawę. Moja córka była też pierwszą recenzentką. Czytałam jej każdy rozdział i czekałam na jej opinię. Gdy nie wiedziałam, jak coś napisać, zadawałam jej pytania, a ona miała już gotowe odpowiedzi.

Często zaskakiwało cię to, co wymyślała?
Tak! Jej wkład w tę książkę jest bardzo duży, skorzystałam z wielu jej pomysłów. Dlatego też odważyłam się umieścić jej imię na okładce. To absolutnie nie jest lansowanie dziecka. Nie zabieram jej ze sobą na pokaz mody i nie każę jej pozować na ściance, tylko pokazuję światu, że ona rzeczywiście jest współautorką „Potworaków Usypiaków”. Wspólne pisanie zrobiło też bardzo dobrze naszej relacji – siadałyśmy, przytulałyśmy się i rozmawiałyśmy godzinami, tworząc kolejne historie. Ona później jeszcze zrobiła rysunki do tych opowieści. To nasze wspólne dzieło!

Takie wspólne pisanie chyba bardzo pobudza wyobraźnię dziecka
Absolutnie tak! Chociaż Zośka ma taką wyobraźnię, której nie trzeba specjalnie pobudzać. (śmiech) Skorzystałam z jej pokładów kreatywności.

Twój syn nie był zły, że jego imię nie widnieje na okładce książki? Czy może będzie współautorem kolejnej pozycji?
Jeszcze mu to chyba nie przyszło do głowy. Aczkolwiek, jak wspominałam, zaczęłam teraz pisać coś zupełnie innego i postanowiłam przetestować na Staśku, jak na to zareaguje. Słuchał, bardzo mu się podobało i natychmiast po wysłuchaniu, zapytał, czy może zrobić rysunki do tej historii. No i jak Zośka to usłyszała, zrobiła się mała aferka. (śmiech) Ale to długa historia, nie będę się zagłębiać w szczegóły.

IMG_6610Niedawno zostałaś ambasadorką Studia Wyobraźni Cartoon Network i będziesz prowadziła warsztaty dla dzieci. Na czym one będą polegały?
To bardzo fajna sprawa! Cartoon Network postanowiło pokazać dzieciakom, jak powstaje film animowany, jak się rysuje postaci, na czym polega dubbing, jak wygląda tworzenie scenopisu. Wszystko to można znaleźć na ich stronie internetowej. Jestem jedną z trzech ambasadorek tego projektu i będą na wesoło zachęcała dzieci do podkładania głosów pod bajki. Rusza też konkurs na autorski film animowany. Można narysować klatka po klatce rysunki w książeczce, tak jak kiedyś się to robiło, a można skorzystać też z programu komputerowego Wszystkie chwyty dozwolone! Najważniejsze jest to, żeby puścić wodze fantazji i rozwijać wyobraźnie najmłodszych.

Nie masz wrażenia, że fakt, że dzieci mają teraz wszystko podane na tacy, zabija trochę ich wyobraźnię?
To na pewno duży problem. Z jednej strony chcę dać wszystko swoim dzieciom, a z drugiej – nie chcę zrobić im krzywdy. Na szczęście u nas z kreatywnością i wyobraźnią nie ma problemów. Bardzo dużo rozmawiamy o tym z dziećmi. To jest niesamowite, bo one cały czas coś fajnego wymyślają i ja nie nadążam nawet z zapisywaniem ich opowieści. Często z mężem słuchamy tego z szeroko otwartymi oczami i zastanawiamy się, gdzie to się w tej małej główce zrodziło. Cieszy mnie, że Zosia czyta dużo książek. Oczywiście  zagląda czasem do mojego tableta, ale kontroluję, co na nim robi. Zresztą uważam, że sprzęt elektroniczny wcale nie musi stać w kontrze do kreatywności. On też może w jakimś stopniu ją przecież rozbudzać.

Pamiętasz, w co ty się bawiłaś, będąc dzieckiem?
Dużo czytałam, słuchałam bajek na płytach analogowych, pisałam też wiersze, które zresztą moja mama ma do tej pory. Sporo czasu spędzałam sama. Przez dziesięć lat byłam jedynaczką, więc musiałam sama sobie szukać rozrywek. No i widać było po mojej figurze, że były to raczej rozrywki intelektualne niż sportowe. (śmiech) Dużo leżałam w łóżku, czytałam i słuchałam Niemena albo Ałły Pugaczowej.

Nie było siedzenia na trzepaku i zabaw na podwórku?
Nie, bo oprócz tego jeszcze grałam na skrzypcach. Miałam co robić, ale dziś jestem wdzięczna rodzicom, że tak mi to wszystko zorganizowali.

Nie masz poczucia, że straciłaś normalne dzieciństwo?
Nie, bo dobrze kombinowałam i normalne dzieciństwo też miałam. Trochę wagarowałam w szkole, co dziś mi się śni w największych koszmarach. Uciekałam z niektórych lekcji, żeby poćwiczyć grę na skrzypcach, a potem wykorzystywałam wolny czas na pobycie z towarzystwem. Ale fajnym, żeby nie było!  W liceum założyłam z kolegami kwartet i zarabialiśmy, grając rozrywkę w klasycznym wydaniu. Potem śpiewałam w kapeli funkrockowej, występowałam też w jazzowym repertuarze. U mnie w domu nie było na bogato, więc wymyślałam, co mogę zrobić, żeby zarobić na wymarzone martensy. Na wszystko umiałam znaleźć czas. No może trochę mniej na naukę, co niestety później okazało się błędem, ale nadrabiam zaległości. (śmiech)

W co najczęściej bawisz się ze swoimi dziećmi? Jak spędzacie wolny czas?
Zośka jest już w takim wieku, że mogę z nią spędzić czas kreatywnie i porobić rzeczy, które mnie też kręcą. Uwielbiam to! Bez bicia się przyznaję, że czasem, gdy Stach chce się pobawić w pociągi, kombinuję, co można zrobić ciekawszego. Staram się, żeby dzieci brały udział w moich „zabawach” – gotowaniu, pieczeniu, sprzątaniu. Oczywiście mam później całą kuchnię pełną mąki i cukru, ale dzięki temu one lubią mi pomagać.

Trudno znaleźć zajęcia, które będą się podobać zarówno pięciolatkowi, jak i dziesięciolatce?
I tak, i nie. Gdy Zośka chce, to tak poprowadzi zabawę ze Stachem, że jest zachwycony. Oczywiście czasem jedno musi pójść na kompromis i zniżyć się lub podskoczyć do poziomu drugiego. Staram się też znaleźć czas na to, żeby pobawić się w coś tylko z Zosią lub tylko ze Stasiem. Ale generalnie muszę przyznać, że syn jest bardziej do przodu w stosunku do córki. Ona nie znała wcześniej w ogóle telewizora, nie było opcji, żeby go oglądać w wolnym czasie. On ma to już od małego. Przy dwójce dzieci, gdy chce się pogodzić ich wychowanie z pracą i obowiązkami domowymi, już się nie da. Czasem muszę coś zrobić i pozwalam im obejrzeć bajki czy pograć na tablecie. Ale Staszek bardzo lubi też grać w „Nomopol” (śmiech), bo tak nazywa tę popularną grę planszową. Ostatnio ograł ojca i zbił wielką fortunę!

fot. Agata Dyka

fot. Agata Dyka

Zdarza się wam wspólnie śpiewać, wystawiać przedstawienia? Rozbudzasz w dzieciach artystyczną duszę?
Oczywiście, że tak. U nas notorycznie odbywają się przedstawienia dla sąsiadów i rodziny, oczywiście biletowane – nie ma niczego za darmo. Dzieci to sobie dobrze wykombinowały! Przebieranki, reżyseria, wymyślanie tekstów. To jest ich żywioł! Myślę, że to właśnie jedna z tych zabaw, w czasie której wiek nie jest istotny. Każdy robi to, co umie i wszyscy mają niezły ubaw!

Skąd twoja ksywka matka-wariatka?
Dzieci mi ją nadały, ale w sumie sama się o to prosiłam. Kiedyś się wygłupialiśmy i powiedziałam głośno, że jestem taką matką-wariatką. I dzieciaki teraz dokładnie wiedzą, kiedy to wykorzystać. (śmiech) Wiecznie lecę z wywieszonym jęzorem na brodzie, ciągle jestem w niedoczasie. Jakiś spektakularnych historii nie pamiętam, ale najważniejsze, że zawsze spadam na cztery łapy.

Powiedziałaś kiedyś, że starasz się być wyluzowaną mamą. Gdzie ten luz ma granice?
W konsekwencjach. Mówiąc to zdanie, chodziło mi o to, że staram się nie przejmować wszystkim za bardzo i nie panikować. Daleko jest mi do perfekcyjnej pani domu i nigdy nie miałam takich zakusów, żeby nią być. Gdy nie ugotuję obiadu na czas czy nie kupię zeszytów na pierwszego września, to nic się nie stanie. Luz. Widzę czasem, co dzieje się z kobietami, które chcą być idealne i wskutek tego są sfrustrowane. Mi jest bardzo dobrze z moim podejściem do życia.

Stajesz się czasem matką-terrorystką?
(śmiech) Na scenie, gdy gram monodram „Matka Polka Terrorystka”. Bardzo lubię tę rolę, choć bardzo dużo mnie kosztuje. Jestem sama naprzeciw widowni!

Bycie mamą, macierzyństwo zainspirowało cię do tego, żeby zabrać się za ten tekst?
Tak. Ten tekst wyszedł z luźnej rozmowy dwóch matek – jednej dwójki dzieci, drugiej, autorki, Kasi Wasilewskiej – trójki. Śmiałyśmy się z tego, jak to wspaniale biega się z wózkiem po mieście i ile czeka na nas przeszkód. To oczywiście spory problem, ale staram się pokazać go na wesoło. Terroryzuję miasto, ale ludzie się z tego śmieją. Chociaż zdarza się też, że kobiety na widowni płaczą lub dziękują mi po spektaklu ze łzami w oczach. Cieszę się, że ta sztuka nie jest jednowymiarowa i porusza ludzi.

Piszesz też felietony, w których przedstawiasz macierzyństwo bez lukrowania. Jakie jest to prawdziwe macierzyństwo z twojej perspektywy?
Najlepiej jest wtedy, gdy to macierzyństwo ma cały wachlarz kolorów. Z jednej strony uskrzydla, a z drugiej – potwornie męczy. Czasem śmieję się, że gdy idę do pracy, to odpoczywam. Ostatnio ze znajomymi pojechaliśmy do Kazimierza na dwa dni i żartowaliśmy, że w końcu mamy okazję porozmawiać z dorosłymi ludźmi. (śmiech) Jednak nie chodzi tylko o macierzyństwo, ale generalnie o rodzicielstwo. Mamy to szczęście, że jesteśmy ciągle razem całą rodziną, więc dzielimy się obowiązkami. To rodzicielstwo jest więc kolorowe i staram się czerpać z niego same najlepsze rzeczy. Ale czasem trzeba też odpowiedzieć na trudne pytania i wziąć na siebie odpowiedzialność.

Prowadzisz też od kilku lat Fundację „Mamy dzieci”. To duże wyzwanie?
To malutka fundacja, ale cały czas mamy nowe plany związane z rozwojem jej działalności. Wyzwaniem na pewno jest organizacja dużych imprez kulturalnych, które robimy. A generalnie staramy się szukać pomocy dla dzieci z domów dziecka, ale przede wszystkim dla wychowanków po opuszczeniu placówki, w każdy sposób, nawet wśród znajomych. Na tyle rozniosła się wieść o fundacji, że gdy tylko ktoś ma coś oddania, wie, gdzie dzwonić i natychmiast znajduję kogoś, kto potrzebuje lodówki, pralki, mebli czy wykładziny. Staramy się też pomagać rozwiązywać większe problemy. Zazwyczaj jednak są to małe rzeczy, ale mimo tego ludzie dziękują za tę pomoc, bo mają poczucie, że nie są sami. Ta fundacja to moje trzecie dziecko!

Skąd w tobie chęć niesienia pomocy?
Wolę powiedzieć po prostu, że tak się złożyło. Tak już jest, że działam w tym kierunku, bo tak czuję. Widocznie tak musiało być!

Jeśli ktoś chciałby pomóc fundacji, jak może to zrobić?
Może do nas napisać, co chciałoby się zrobić i jak widzi pomoc fundacji. Zapraszam na stronę internetową www.mamydzieci.org. Można też wpłacić pieniądze na konto lub zostać wolontariuszem. Każdy z nas powinien sprzedawać swoje możliwości i umiejętności światu. Ostatni na przykład mój trener zaproponował, że poprowadzi treningi dla dzieci, by motywować je, że zamiast uaktywniać agresję, można wyżyć się sportowo. Fundacja „Mamy dzieci” jest takim pośrednikiem pomiędzy osobami, które chcą pomóc a dziećmi, które tej pomocy potrzebują.

Dobro chyba wraca, prawda?
Nie narzekam. (śmiech) Ale też nie robię tego, żeby wróciło. Wydaje mi się, że wszystko zależy od nas i naszego nastawienia. Nie chcę siedzieć i narzekać, wolę działać. Wtedy dużo jaśniej widzi się otaczającą nas rzeczywistość.

 

Aneta Todorczuk-Perchuć została nominowana do „Gwiazd Dobroczynności” w kategorii „Pomoc charytatywna”. Zagłosuj na aktorkę na stronie: www.gwiazdydobroczynnosci.pl.

michal-misiorek
Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *